Obiekt zainteresowania

Wolność. Nic ponad to.Nie oddam się. Chyba że za dobry taniec i seks, chwilowo. I dobre piwo. 🏵😸👍

Chcę być jak najbliżej siebie. Mimo konsekwencji, które zajebiście bolą. Zawsze mam nadzieję. Wierzę, że tylko jutro może decydować o moim działaniu. Nic nie ma na pewno. I nigdy nie wiadomo, co się stanie. Boję się raczej tylko siebie i fanatyków. Nie będę się poddawać wpływom infulencom i robić dobrze dla opinii. Niestety czasem nie można inaczej, bo żyję między ludźmi. Których lubię, a oni mnie. Jednak często mnie ranią, a ja ich. Taki wybór. Wolna wola. Trzeba działać i ryzykować w granicach nieufności. Mam podszyte dziecko w sobie, które bada i eksperymentuje ze światem. I ufa naturze. Myślałam, że nie jestem aż tak od niej zależna. Ale bardzo się myliłam. To ona jedyna mną steruje. I robi dobrze mi na mózg, którego nie zamienię na żaden inny, bardziej normalny w swoim tchórzostwie do wyrażania siebie i odbierania innych. Chcę się bawić do upadłego, grać różne role w swoim życiu, kochać i wybierać. Czasem dobrze, a czasem chujowo. Jestem. I minę. Ale zawsze z dobrą miną do szczerej gry.

Reklamy

¡~359 st.!

byłam jestem zaraz będę nie

jestem zawsze taka sama nie
samotna czasem bywałam za pozwoleniem przyzwoleniem ogółu znajomych twarzy istniejących przy okazji papierosa na piwie na mieście na tańcach nie lubię na baletach jak mówią chłopcy i dziewczyny z dyskoteki mordoteki niestety nie pana dżeka

nic nie wiedzą nie chce misię już
opowiadać jak to się stało jak się masz co czujesz czy wrócisz do przeszłości mówię nie i .

zatoczyłam kołem nieskończoną ilość razy 359 stopni w celsjuszach farenheit był moim cieniem nie dawał słońca było chłodno cicho jednak niemiło było gorzko przełykałam mocno na nowo raz po raz duże twarde pigułki niedobra nieznośnej ciężkości bycia wśród spalonych splątanych plotem plotek nieznajomych jednak niż z.

– zatoczylaś koło Dorota. Czyli sytuacja bez wyjścia.
– nie. Koło się toczyło moim życiem bez udziału mnie.

zatoczyłam raczej kanty wyprostowałam wygładziłam sobie historię naszej znajomości dla publiczności na agorze się bawiłam tłum śmiał się do rozpuku bólu brzucha i policzków.

tańczyli jak im zagrałam klaskali kiedy im na to pozwalałam nie słyszeli byli głusi na zakodowane wskazówki:  dajcie mi głos na prawdę nie pozwólcie mi sypać się i z rękawa półprawdami były fajniejsze łatwe do odbioru nikt nie lubi brudnych uszu obgryzionych paznokci śmierdzącego oddechu.

wolę taki tlen z waszych ust który bije prawdą do bólu mózgu ruszcie mózgóvnią nie tykam gówna nie chcą się pobrudzić a kupę swojego pieska to przez rękawiczkę foliową zbierasz z pietyzmem i jeszcze podglądasz pod słońce czy nie ma skrzepów krwi czy strawione karmy [które wracają] dobrze

a ja chcę się brudzić uderzać o kant stołu rysować sobie kolana piszczele i uda kolorowymi siniakami rzygać tęczą gdy patrzcie na mnie z pytaniem błagalnym powiedz tak.

nie właśnie. jestem szczęśliwa umorusana śmiechem do łez rozmazanych oczu niegrzecznych zachowań w autobusach nogi na stół luz w czaszce nietrzeźwe wieczory trzeźwe bardzo plany i pomysł na życie.

siebie ciebie nie boję się oswajam swój lęk pozostał mi jeszcze przestrzeni więc nie wariuj na balkonie na 10. piętrze nie wychylaj pokazuj samoloty tylko palcem jak obejmujesz mnie na fotelu kiedy jestem schowana w miękkiej bluzie dobrych ramionach dużych poduchach.

jeden stopień został mi do zatoczenia koła uratowałam skokiem się na główkę wpadam do głębokiej wody rzucona jak zawsze na nią nauczyłam się szukać gdzie to światło przebija przez ciemne gęste wody idę pod słońce do góry do światła do drzewa do zapachu żywicy do cedrów do sosen do piżma jałowca jaśminu maciejki do maków.

chcę całować umiem żyć będę sobą obcą dla was obcych ludzi w zasadzie takich fałszywych mord nie potrzebuję na samą myśl mam w oczach mord.

mordor istnieje ale wolę krainę alicji i zabierzmy się tam póki czas

bo czasu nie ma nie ma czasu na czekanie czas jest na bycie

pisanie jedzenie kochanie dotykanie podróżowanie tańczenie.
na śpiewanie słuchanie granie rysowanie bieganie uprawianie gotowanie oglądanie obserwowanie spanie i czuwanie.

na ryzykowanie.

pijemy cydr miło szampan i ostrygi na lodzie za pół roku.

dziękuję.
do zobaczenia w realu.

my real name is a super girl. sometimes we cry, because we can!

Obiekt zainteresowania

Wolność. Nic ponad to. Nie oddam się. Chyba że za dobry taniec i seks, chwilowo. I dobre piwo. 🏵😸👍

Chcę być jak najbliżej siebie. Mimo konsekwencji, które zajebiście bolą. Zawsze mam nadzieję. Wierzę, że tylko jutro może decydować o moim działaniu. Nic nie ma na pewno. I nigdy nie wiadomo, co się stanie. Boję się raczej tylko siebie i fanatyków. Nie będę się poddawać wpływom infulencom i robić dobrze dla opinii. Niestety czasem nie można inaczej, bo żyję między ludźmi. Których lubię, a oni mnie. Jednak często mnie ranią, a ja ich. Taki wybór. Wolna wola. Trzeba działać i ryzykować w granicach nieufności. Mam podszyte dziecko w sobie, które bada i eksperymentuje ze światem. I ufa naturze. Myślałam, że nie jestem aż tak od niej zależna. Ale bardzo się myliłam. To ona jedyna mną steruje. I robi dobrze mi na mózg, którego nie zamienię na żaden inny, bardziej normalny w swoim tchórzostwie do wyrażania siebie i odbierania innych. Chcę się bawić do upadłego, grać różne role w swoim życiu, kochać i wybierać. Czasem dobrze, a czasem chujowo. Jestem. I minę. Ale zawsze z dobrą miną do szczerej gry.

why this post is complited

Unfortunetly I had always problem with write somethingelse, when I started to talk about it, thinking, etc. Happy I have letztens móglichkeit to remember almost everything what I have to wymyślę.

I wrote this post, because I have to reconized, dass ich verstehe englisch and I can to speek in this language without bigger problem. Of course I have to make mistakes

Czytaj dalej

Sylwester pokoleń 2016


Jedziemy w dalekie pomarańczowe/musujące w niski granat niebo/chwytamy ptaki w poklatkowym spojrzeniu/łapią skrzydłami wieczorny początek/nic nie umyka naszej uwadze zapach oddechu wymierza synkopy wspomnień. Jedziemy bez podsumowań biegniemy myślami ku schylonym plecom naszych matek nieznacznie tępimy języki o kant ciszy daleko jesteśmy od siebie jeszcze. Wyczerpani łapiemy ostatni ukos ścierpnięte dłonie zostały we wczoraj ciało pomieszało szyk grudniowce już kwitną to czas. Zdążyliśmy na koniec roku.

Ola, Julita, Ania, Michał, Łukasz, Frącek, Kuba i Dorota.

https://drive.google.com/file/d/0B2-RGXBivgq4OEhoT3J0U0lVdk0/view?usp=drivesdk

Dlaczego kocham książki, lubię Szczygła i Czechów.

Drodzy!

Czytanie książek to dla mnie jedna z najbardziej pociągających czynności w życiu. Nie ustawiam jej na pierwszym miejscu, są bardziej rozkoszne, ale to top 5 moich ulubionych działań.

Czytam od zawsze, w końcu wychowałam się w rodzinie, która założyła i prowadziła księgarnię w Zielonej Górze przez ponad 15 lat. Czytaj dalej

SCENO

Moje wiersze na Prowincji

IMG_4466-1024x682

strzepuję sen odchodzi jak grube płaty łupieżu
jest to nadal przyjemne obrzydliwe

senniwo jeszcze działa

uciekam na motorze nasze cienie widać na ścianie drzew
wszędzie bokeh

duże światło jest

rozpoznaję w nim przystojnego mordercę
wczepiona pędzę przez niby znane
niegroźne ścieżki
igliwie wyjmuję z pośladków

zabił przed chwilą gospodarza podpaliliśmy jego obóz
i psa

jest naprawdę żółto

to słońce się rozlało i skrzepło mi na włosach
kosmyki pozlepiane miękkim jeszcze żółtkiem
nie rozszczepiam jeszcze ich

pędzimy dalej

mam strzelbę sukienkę i gołe łydki w kozakach
chyba się przytulam

żeby zapamiętać labirynt ścieżek muszę skupić siebie
żeby pokazać mu drogę

chcę dotrzeć do kielichów z miodem
słodkich palców klejących się z irytacją
do pomnikowych piersi starych bab

w las w głąb w las
na wprost wycieczka rodzinna niedzielna

zastrzeliliśmy ich

a może to oni idą na pogrzeb
słyszę takie właśnie kwiaty na tę okazję
zgrzebne wypachnione

zbliżamy się motorem
coraz chłodniejsze kolana i trochę nad
wiatr od świstu starych sosen coraz straszy
dyszy ciepło rura

nigdy nie dotrę do

kielichy białe całe kłącze mam nad głową
słodko

śpię jak rozwielitka faluję

nie wiem jak ona wygląda
coby to zmieniło

czy spałabym ładniej

 

Moje wiersze na Prowincji

Znajomi, których nie znam.

255714_216657658357726_4498660_n

Hej. Odwiedzam siebie znowu w przypisach.

Dzisiaj widziałam gołębia, tego samego co wczoraj. Przeciął mi drogę w tym samym miejscu, co ostatnio. Poznałam go po dziwnie złożonym skrzydle. Może złamanym.

Codziennie w drodze do pracy krzyżuje się moja prosta z tymi samymi ludźmi.

Poznaję panią w różu pudrowym na ustach i wacie w lewym uchu.

Wysoka rozwiana blondyna dzień w dzień upycha swoje dziecko w autobusie i zajmuje mi miejsce. Taszczy ze sobą od dwóch dni foliówkę z nakrętkami. Pewnie jest akcja tygodnia nakrętek w przedszkolu, bo tam wysiadają.

Stara kobieta pali fajkę koło mnie, wyciska z niej dym do cna, prawie pochłania filtr żarłocznie.

Zastanawiam się, czy ja w jej wieku nadal będę paliła i czy to będzie równie groteskowy lub obrzydliwy widok. Papieros w młodych ustach wygląda ok, zgrabnie wpasowuje się między wargi i białe (jeszcze) zęby.

Dziewczyna z niebieskiej kurtce 4F zawsze wsiada na Prostej z kubkiem termicznym. Wyszukuje wzrokiem swojego chłopaka, który już otwiera usta do pocałunku, a jej ręce już biegną do głasku jego twarzy. Stają obok mnie przytuleni. Licealiści z ekonomika.

I jeszcze ona, zawsze w spódnicy, opatulona wielkim szalem, który okala jej głowę jak wielka opona, czeka na przystanku, jak wracam z pracy. Zdarza się, że w autobusie siada przede mną, wtedy mimowolnie patrzę na jej nienaturalnie długie rzęsy. Są monstrualne, że prawie przez nie oglądam swój kawałek szyby.

Ciekawe, czy ci wszyscy też mnie poznają? Czy zauważają niuanse, że czasem mam miły wystrój twarzy, a czasem zacięty? Że mam zielony płaszcz, któremu urwał się guzik i nie chciało mi się go przyszyć?

Mam taką nieodpartą ochotę powiedzieć im: Cześć!

 

URBAN

 

 

IMG_1265-1024x682

w secondhandach są ubrania po zmarłych

mężach stronach bez głosu
wywiezionych w czarnych workach
tych mocniejszych

panopticum wiszących rękawów golfów
utulnych w sztokholmskie szare noce
rozchełstane kołnierzyki w dyszącym uścisku panienki
omdlałych nogawek piramidy wzruszone na dywanie
zerżnięte pończochy znużone palta szmaty
ściągacze z rytmem pulsu w szwach
upocone prawdziwie blezery polo koszulki

skarpetki powinna spalić

one w tych workach upakowane

między flanelą lawendy
trupie nagie
nie ma ciała
jego pamięć
i ty i ty i ty ją nosisz
bosko

_____________

Obrazek

archi-pan maluje

img_20170128_100930o

palam się na początku biszkoptowo a

lekko wypieczona skóra pachnie hawajskim kwiatem

ktoś umieścił go w laboratoryjnej kapsule

niedoczasu nadzapachu

 

gdy on maluje dom na żółto

 

akwarela wychodzi poza bryłę

grubym pędzlem dosięga drzewa

wspina się po pniu

farbuje na żółto tłustym kolorem liście

 

każdy listek odciska osobno

 

widać strukturę włosia

pędzel parzy w dłoni

gospodarz wspina się na drabinę

jedną krechą

jedną farbą

łączy dom i drzewo

 

jak wstążką

 

kokardkuje się sama na czekoladkach tam

bawi się w architekta krajobrazu nieswojego

aranżuje zieleń na żółto

zamalowuje brudy ślady truskawek

obtarć spoconej skóry bab warzywniarek

odświeża zapach domu wygryza z niego

smród suchego dymu ze słabo skręconych fajek

zrobił coś pożytecznego

łasy na pochwały

pięknie wyczyścił pędzelek i ustawi w dnie od plastikowej butli przy ścianie

dokładniutki

brudny człowiek

img_20170222_003934

NASTOLAT

pół głowy b2b jedna trzecia mi tu mi tu

pisać chce

być czasem lub nie

wiem którą godziną poranne są za szybkie te nocne zbyt słodkie

 

inbox pełny bak wrażeń oddaję skórą

więcej się przytulam do innych całuję

 

ugotowałam babci rosół

to najbardziej międzypokoleniowa rzecz w tym wieku jaką zrobiłam

 

mam 30 lat przełom nie przełom

więcej mi się chce czyżbym podliczyła sobie stawkę

dając na oko na płucka z 70 dych jeszcze

 

potem mogę się zalzheimerzyć

ale do tego szmat czasu zaskoczy

medycyna samą siebie

 

mózg ćwiczę najczęściej wychodząc gładko z frustracji

nie pierdolę się już tak

z dyplomacją nie dygam nie znoszę

 

pisałabym

Obrazek

Pani w rybnym miała taki trup

.

takie są podłogi w Polsce

Pani w sklepie rybnym na ulokowanych platynowych krótkich włosach ma strzępki zabitej przed chwilą ryby. 

Czerwony punkt jak modny paproch w odmianie wełnianej broszko-spinki pięknie odcina się na skroni, robi dobry look. 

Potem mój wzrok zjeżdza w dół na smutne ubranie pani w fartuchu, na pewno fajne, kolorowe ciuchy pod. Na nogach ciasne kalosze umoczone w śluzie, który pływa na marmurkowej podłodze. 

Ślisko i niebezpiecznie. 

Nie chciałam, ale zobaczyłam oczami uwolnionego na chwilę z mojego super ego umysłu, rozbitą głowę tej pani o posadzkę. 

Łup młotkiem w głowę, łup. Głowa odpada. Łup.

*nieuświadomiona interakcja z Bułhakowem.

EDIT: nie napisałam ważnej rzeczy. Zaczątek tekstu powstał w 2014 roku, po wizycie w rybnym Sumie. Teraz w 2017, przełom lutego/marca dokończyłam go, czekając grzecznie na operację i fotografując, m.in. podłogi w szpitalu. Nie, nie jestem ciężko chora. Dziś zresztą odbieram wyniki histopato. Trzymajcie 2 kciuki ✊✊🏵

Studia z grania

Pani przydeptuje swoją rozklejającą się podeszwę z buta Nike.

Model z ’96 roku.  Lekki, biały, posrebrzany, teraz zszarzały, ale zadbany. Ubogo i skrupulatnie.

Charakter kobiety denerwujący. Rozchodzony wte i wewte. Na okrągło 3 kroki w lewo i 3 w prawo, za winkiel. Patrzy, nikt nie wychodzi z korytarza. Dalej. Czekamy.

– Jak tylko wejdziesz do pierwszego po lewej, możesz od razu pisać odwołanie. Od razu po powrocie do domu – mówi.

Konkubent – może być nawet mąż – ale konkubent bardziej pasuje do sytuacji z poczekalni, na 3. piętrze – siedzi zatopiony wzrokiem w okno.

Tam trzeba być całym w programowym ‚anturażu’  konkubenta/iny.

Z dziecięcego wyobrażenia pozostał mi taki slajd, że konkubina to:

  • osoba w za mocnym makijażu,
  • z wysokim kokiem utapirowanych i zalakierowanych na beton włosów,
  • najlepiej cała w czerni i sztucznej koronce i siwym dymie.

Pewnie taka pani została mi przedstawiona jako nie-żona w bardzo nieletnim dziecięctwie.

I taką kliszę automatycznie nakładam na myśli, gdy wypowiadam to obrzydliwe słowo.

Pan, bardziej nieszczęśliwy niż mąż, błyszczy mistrzowsko swoim utrapieniem. Nie gorzej błyszczy niż kilkugodzinne słońce, które bije w okno. Bez umiaru.

Trzeba być zatopionym w krzesło. Albo najlepiej jak rozchodzisz swoje zgarbione ciało, utykając i posuwając nogą. Ręce skrzyżowane na nerkach. Wąs zażółcony od mocnych. Tik powieki – mig-mig.

Nie wiem, czego mam po sobie oczekiwać. Jak bardzo powinnam zjednoczyć się ze stereotypem wezwanego na komisję? Czy lekarz w białym kitlu, wyglądający jak stary chirurg z sali o podłym, mdławym świetle lat ’70, ocenia po odklejonych podeszwach i dłoniach śmierdzących od fajek, czy popatrzy i zrozumie. Do kurwy pojmie ten absurd.

Ktoś w ogóle rozeznaje się w zasadach?

Nic nie wiem. Trochę mnie to wystrasza. Ale tylko na chwilę, bo potem zaciekawia – co to będzie?

Czy wylecę jak z procy, czy dobrze zagram. Czuję, że to po prostu tu pasuje. Że naturalność jest nieefektywna. Że to cecha szybko zbywalna przy takich okazjach. Ludzie zdecydowanie łatwo odrzucają szczere zachowanie. Od razu zakładają, jak lepiej wypadną, tzn. w tym wypadku gorzej. Czy beznadzieja będzie wystarczająca. Nawet jeśli taka i tak jest. Bez wysiłku.

Sztuczne sytuacje tworzą sztuczne odruchy.

Rozglądając się po zebranych dookoła, przywołanych listownie na komisję, sama zaczynam wchodzić w te rozjeżdżone przez pokolenia koleiny. W schemat wezwanego.

Czy powinnam sobie coś przygotować? Jakąś kwestię, miły znój, słabe ręce, dużą historię choroby, może foliówkę opakowań po lekach?

Pani przydeptuje miękkie gumy swoich podeszew. Tak długo na nią patrzę, że prawie czuję gumkowatą przyjemność na swoich stopach. Taką oddaje tylko sprężystość obuwia sportowego.

Ona wie, jakie tu panują zasady. Rozpowiada o nich. Myślę sobie, że to trochę nieroztropne, tak odkrywać karty. Aktorka klasy B.

Mój scenariusz nawet niećwiczony. Podkładam głos pod taką rezolutną prawie 30-latkę. Aktorzyca od 2 boleści:

1. Boli ją głowa od tego słońca i

2. Jest śpiąca, bo tak wcześnie kazali wstać.

 

 

Z marszu pytam

Dzisiaj dowiedziałam się, że wygrałam konkurs organizowany przez wydawnictwo ZNAK i organizację Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka!

Należało odpowiedzieć na pytanie: „Co byś zrobił/a, gdybyś była aniołem”. Nagrodą za najlepszy tekst dla czworga laureatów jest książka Grażyny Jagielskiej „Anioły jedzą trzy razy dziennie”.

I co muszę w tym miejscu napisać, bo lgnie mi to pod palce, okładka książki została zniszczona marketingowym chwytem o historii z psychiatryka. Znak naszych czasów. Choć widziałam lepsze.

Opowieść Grażyny Jagielskiej już od dawna chodziła mi po głowie. Tu i ówdzie słyszałam wywiady z jej mężem – reportażystą Wojciechem Jagielskim, w którego tekstach zresztą się zaczytuję, jak opowiadał o stresie bojowym i traumie, którą przeżywała przez lata jego żona – partnerka dziennikarza wojennego. Jego samego ta choroba nigdy nie dotknęła. Fala uderzeniowa stresu przeniosła się na żonę, która przez miesiące, z okrutną regularnością, żyła w lęku o najbliższą osobę.

ZNAK przyśle do mnie książkę niebawem. A tak wymyśliłam sobie swoje krótkotrwałe, ale wystarczająco zwycięskie anielstwo:

Gdybym była aniołem, popatrzyłabym na siebie z niedowierzaniem i spytała: – Co u licha? Kto tu rządzi i jak mógł doprowadzić do takiego bałaganu?! Agnostyk został aniołem? Ale dlaczego nim zostałam? Umarłam, czy się dopiero narodziłam?

Zaraz, zaraz – aby być w zgodzie i w modzie z ideologią gender, która teraz panuje na polskiej ziemi – jakim aniołem? Jestem rudą anielicą. Szczupłą i przekorną. Anielica, co za sentymentalny wytwór. Kogo? Czego? Boga? Znudzonego człowieka? Dobre sobie. Nie będę biadolić.

Jak już jestem tym aniołem, to mam parę pytań… halo, słyszycie mnie? strasznie buczy w tym niebi(yci)e i śmierdzi benzyną. Zimno mi w stopy.

Czy anioły czują? Czy się przyjaźnią? Lubicie seks? Gdzie się kochacie? Czy wykorzystujecie do tego ziemskie przestrzenie? Gdzie mieszkacie? Czy anioły miewają depresję? Czy na zielonych łąkach co rusz pojawiają się naturalne złoża łatwo przyswajalnej serotoniny, którą sączycie w kieliszkach od martini? Oliwka fakultatywnie.

A może nie macie mózgów i nie dotyczą was te przyziemne nerwice, fobie i lęki?  Achnioły, dajcie znać.

Poproszę tylko o masywne i porządne skrzydła. Żadnego kleju, żeby nie stopiły mi się od gorąca! Tylko staromodne nici. Grube, szewskie. Bo chcę latać. Wysoko. Do słońca.

Nie trać myśli

Żeby nie tracić czasu przed końcem roku, bo to czas już całkiem niezadbany, każdy chce jak najszybciej przeżyć te ostatnie 24 godziny, czym prędzej piszę.

Należy się jak najdokładniej się przygotować, chociażby to przygotowanie oznaczało schowanie dresów głęboko do szafy, opiłowanie gładkich paznokci wyrosłych w sam raz na tę okazję, 31-grudniową, zerową.

Nie sądzę, by taki 30 grudnia mógł mieć doniosłe znaczenie. Jakiekolwiek. Odczucie przełomu. Ulgę. Nowość. Moc. Czad. Przedostatni grudnia jest macoszy, roboczy, niewyglądający.

Nawet, gdy nie jesteśmy zwolennikami przeżywania szampańsko ostatniej nocy któregoś roku, to założę się, że w pewien znany dla siebie tylko sposób, najbardziej niewymierny dla tłumu, cieszymy się tego 31 grudnia z końca i z ulgą witamy nowy początek. Bo on zawsze będzie nowy, młody rozkręci się powoli, by przykłusować w tempie allegro gdzieś w czerwcu. Zachęcająca nadzieja. Zawsze się na nią łapiemy, chłepczemy zachłannie miłe ciepełko dobrego jutra, które łaskawie daje nam zidiociała nadzieja.

Ale czy nowy rok jest naprawdę nowy? Czy po porostu stare sprawy, dotychczasowe życie, zaczynamy znów od początku, wcale jednak nie mając ochoty, by coś zmienić? Koło, kołowrotek o znanym mechanizmie, w ruch.

Nic to. Jest ratunek.

Napis w parku starych drzew niesie wieść – „nie trać myśli”. Dobrze napisane – pomyślałam. Duże, szczupłe litery zahaczyły mnie w alejce, były dość niestosowne w tym pięknym grudniowym słońcu, przebłyskującym przez listowie. Miały w sobie jakiś sens i dawały po oczach.

Czas nadziei minął. To sentymentalna histeryczka. Ponowoczesność i kryzys jej nie znoszą. A ona się w takich czasach najzwyczajniej nie sprawdza. Niech spada.

Myśl jest dość niewymagająca. Lubi samotność. Może chodzić głodna. Zawsze się jednak utrzyma i zakołacze. Nie opuści nigdy. Może czasem zadręczyć. Ale oddaje sens, ma znaczenie życiodajne, jest drogocenna, bo nie do kupienia.

Nie trać myśli, myślę, że będzie moim mottem na 2014.

Nie traćmy. Nie dajmy się rozpuścić w tych kolorowych bajorach mrzonek.

Myśl.

Czasami nic nie słychać i to ratuje

Cicho. Jakby ktoś wyłączył dźwięk. Wyciszył całą okolicę. Rzeczywistość została wyłączona.

Nie było mnie przez kilka milczeń, zdążyłam dwa razy bez pośpiechu zamknąć oczy. Czy takie cicho na czysto jest kiedy umierasz, czy kiedy jesteś najbardziej wśród żywych?

Nie słyszałam dawno nic. Tak pięknego. Odpłynęłam i mnie nie było. Ciebie też. Nie słyszałam oddechu. Tylko płynęłam. Gdzieś do białej zebry na rozgrzanej sawannie, pustyni z soli do horyzontu.

Zostawiałam płytkie ślady na piasku, na opalonych udach kropelki różowych soli wilgotno spływały do kostek. Kalejdoskop szlifowanych kółek w powietrzu po mocnym ściśnięciu oczu. Leniwe otwarcie. To była tylko chwila.

W lewo. W lewo, mocno w prawo. Opływamy upadłą małą brzozę. Bardzo białą jak od kredy. Stało się z nią to samo, jak co lato z blondynami, gdy od słońca bieleją im brwi i stają się bardziej skandynawscy.

Za zakolem już za dużo lilii, za dużo ważek, za dużo ozdobników w tej wodzie. Bogato nie lubi być cicho.

Płyniemy dalej.

Biało i cicho się skończyło. Synonimy tej krótkiej nirwany na środku rzeki.

czerwcolipcyk

Mania pozostania chronologiczną utrzymuje się pełno objawowo nadal, z wiekiem coraz bardziej upierdliwa, coraz mniej mi przeszkadza, bawi. Do dzieła zatem. W tył zwrot do czerwca.

29.obchody.

Spełnienia marzeń – życzyli życzliwi.

Zacznę spełniać, jak znudzi mi się proza życia – myślę z tłustym cynizmem, aż boli mnie gardło od przełykania tej guli marzeń i świętych życzeń.
Gdybym zawierzyła, tobym się i może pomodliła, aby się spełniać zaczęły te mrzonki, szczęśliwości, te miraże, naiwne planki. A co!

Jak inni się wyręczają istotą boską, to może i ja nie muszę się tak szarogęsić z tą modną samodzielnością.
I sobie pobiadolę, pomodłuję, anuż słowo stanie się ciałem i rozstawi po kątach niedowiarków tych.

Będzie Dorota – ta od spełnionych marzeń.

Ale gdy tylko zawiąże się supeł takiego marzonka, to stop. Udajemy, pieprzeni realiści, że oto ziszcza się nasz

p l a n. Szczegółowo obrysowany rysikiem po tablecie przecie.

Nie jakieś tam marzenie, spontan na pontonie, wiraż na krawędzi szału i utraty kontroli. Ot co.

—______________________________________________________________________________________________________________—

Rok się kurczy w błyskawicznym tempie, a ja jestem zadowolona z siebie.

Bycie zadowolonym jest realne, mięsiste, twarde jak niemiecka mowa.

Urodzona po raz 29. świętowałam jak nastolatka.

Słodko-gorzki 2012 doliczony do końca, na ostatnim oddechu przyniósł spontaniczny i bardzo pracowity 2013.

Miła aura w tym roku. Jest łatwiej, choć wyzwania wzywają do maratonu. Trzeba trzymać ostre tempo. Ale chyba wtedy z lekkością się żyje znośną.

Z celem, z sensem, z czystym sumieniem.

Jest i przygoda. Córka marnotrawna i zbawicielka dla zmysłów, przytępionych miejskim znojem na betonie.

Zaskakuje, intensywnie dobiera się do mnie, nic sobie nie robi z konwenansów.

—_____________________________________________________________________________________________________________—

Czerwcolipcyk

Jest gorąco. W powietrzu wisi skandal burzy, chowających się kotów, cichnących gołębi i drzew, które tak niewidocznie stoją, dyskretne, wskazują na rozdzierające wschodem niebo.

Bolą mnie stopy, szumi krew w uszach, mam zmęczone ciało i kilka pomysłów w zanadrzu.

król o krzywych ustach

zasuwam story

wygładzonym kijem na wysokościach na palcach

nos w materiał suchy haczy zapach papierosów

tak było zawsze i naturalnie maciejka na parapecie

lipy dyszące za czarnym szkłem słonecznik ostry plastikowy w wazonie

zawsze się wyjawia zdradza dzieciństwo i chichocze z ciebie w piżamce

na materacu pod szafą litanią sznur korali zimnych podniecających

kamyków zwisa z klucza

 

zasuwam zawsze historię tej nocy

nie po kolei na następne z byłych i kolejne

tak samo straszne sny

wakans

3wycieczka na koło podbiegunowe arktyka all inclusive

dla polskiego czytelnika playboya

niedźwiedzie polarne tłuste morsy bieługi

trochę dziczy kwestia bólu do sprawdzenia na granicy

wytrzymałości z piękna i bieli

nic się nie wyłania toną lodowce rodzą się tłuste dzieci

prosto z gorącej macicy do ciemnicy oceanu

pobielonego od bieługi obłej w dużej ilości

ocierającej starą skórę o pradawne dno wodostanu

 

wycieczka naokoło błogosławiona turnus for (m)as

wyjazd ze skweru obok elżbietanek

polaryzacja na polar z owczej wełny island in berlin

wąsate słonie morską wodę kłębią solą ją

potem legną kopułą do góry

pod niebem ze stali szkła piasku

piętą rozetrą inkubowani na rozwolnionym powietrzu

w tej szkatule tłumną żabką do brzegu do brzegu

i z powrotem na parking na nocleg na żer

vacance de soleil

 

szablon do powtórzenia dla pokolenia

Sen nocy pewnej

Śniły mi się wieżowce pełen koni.

Łagodnych i spokojnych. Koni ustawionych w rzędy, na całej długości ściany.

Stały wszędzie – zady wystawały z okien, na przemian z głowami. Bezpardonowo zamieszkiwały też na balkonach. Jadły marchewki, resztki wyrzucały na podwórko. Kilogramy odpadków spadały z dachów, okien, lufcików.

Sikały na stojąco, a zamiast potężnych ilości – podwórkowy żwir zasilały grochy kupek.

Konie z każdej strony. Na każdej wysokości piętra gęsto od gniadych, błyszczących maści.

Jestem na dole w tym śnie, obserwuję ten surrealistyczny malunek na wielkopłytowych wieżowiskach. Przeskakuję kałuże, przesączam swoje buty błotem. Staram się omijać grochy.

Dziewczyna z Piastowskiego.